piątek, 1 lipca 2016

#podzielsięznamiwspomnieniami



Sezon wakacyjny niedawno się rozpoczął i wiemy doskonale, że największą frajdę z obecnych, a także nadchodzących tygodni letnich będą miały dzieci i młodzież. Mój synek jeszcze nie chodzi do szkoły, ale już myślę o zbliżających się latach, kiedy wraz z mężem będziemy starali się zapełnić Mu różnymi ciekawymi wydarzeniami, zajęciami ten okres międzyszkolny. Idealnie byłoby, aby te okresy wakacyjne zostały w Jego pamięci na długie lata. Jakie będzie to Jego dzieciństwo, i lata młodzieńcze, czy za dwadzieścia lat będzie mógł podobnie jak Jego mama powspominać wakacje z uśmiechem na ustach i opowiedzieć o tym z kim się wtedy bawił, przyjaźnił, jakie ciekawe miejsca odwiedził? Czasy kiedy ja byłam mała i młoda, nie dawały gotowych rozwiązań, nie było takich udogodnień dla dzieci jakie są obecnie na świecie. Jednak dzięki tej prostocie w głowach nas - maluchów tworzyły się bardzo fajne pomysły, dzięki czemu tamte zabawy na wakacjach dzisiaj zasługują na miano niepowtarzalnych, wyjątkowych, takich - o których dzisiejszej młodzieży nawet 'się nie śniło'. 

Moje dzieciństwo i okresy wakacyjne mogę zaliczyć do przecudownych, pomimo, że moi rodzice rozwiedli się, gdy byłam kilkulatką i z pewnością model naszej rodziny do mojego 12 roku życia nie był standardowy (do momentu, gdy moja mama nie ułożyła sobie po raz drugi życia). Pozytywne mimo innego modelu jest to, że każde z rodziców indywidualnie wypełniało swoje obowiązki. Doceniam Ich rolę w życiu i w moim wychowaniu, widzę te role bardzo dobrze. Miałam to szczęście, że oboje potrafili wnieść sporo emocji i zabawy w mój żywot, a w tym i w wakacje. Co prawda, to mój tata był rodzicem, który zdecydowanie wypełniał mój świat wspólnymi wyprawami, zdjęciami i przyjemnościami weekendowymi, i w dużej mierze wakacyjnymi, ponieważ moja mama wychowywała mnie na co dzień, sama, więc była zajęta w większości pracą i dbaniem o dom. Myślę, jednak, że nie odbiega to zbyt bardzo od standardowego życia niektórych rodzin, gdyż  obserwuję rodziny i sama jestem rodzicem, wiem doskonale, że niektóre rzeczy przyjemniej robić z mamą, a niektóre z tatą ;) Jedyne czego po prostu w naszej rodzinie nie było to wspólne wycieczki i wczasy z rodzicami. To nie znaczy, że było mi z tym źle, a już na pewno nie prowadziło to do jakiejkolwiek samotności. Mój świat wakacyjny - to nie tylko rodzice, w dużej mierze też przyjaciele, ciocie, a także ja sama. Nie należę do typu samotników, a z kolei moi rodzice chętnie umożliwiali mi samodzielność i od młodych lat byłam uczestniczką różnych kolonii i obozów. Zawsze miałam wokół siebie rówieśników i lubiłam te relacje. Dzisiaj o tym mogę Wam opowiedzieć, o niezapomnianych ciepłych, gorących wakacyjnych wspomnieniach. Miałabym też wiele do napisania o wakacjach zimowych - tzw. feriach, z których jest sporo wspomnień równie pięknych, ale tematycznie po prostu zostaję przy cieplejszych miesiącach wakacji. Moich wakacji.

Zostałam zaproszona do zabawy przez Matka Prawie Żona, i jestem bardzo zadowolona z możliwości udziału w wyzwaniu #podzielsięznamiwspomnieniami, bo choć postanowiłam w dużej mierze nie opierać swojego życia i artykułów blogowych na wspomnieniach, a raczej pisać o teraźniejszości, kierując się głównie ku przyszłości - to myślę, że do takich dobrych wspomnień, jakie posiadam ja, miło powrócić nie tylko dla samej siebie, ale choćby dla Innych.

1. Przez ładnych kilka sezonów, regularnie, razem z mamą, podróżowałyśmy do Jej przyjaciół na wieś Babiak w kierunku Konina. Spędzałyśmy tam niekiedy nawet tydzień i dwa w okresie wakacji, wybierając się, aby zadbać o groby prapradziadków. Mieszkałyśmy w dużym wiejskim domu u cudownej rodziny, która opiekowała się ziemią i chatą po moich pradziadkach. Wspominam z tego okresu najlepsze wakacje, pyszne naleśniki smażone przez Gospodynię, wspaniałe ciasta z wiśniami, jabłka, czereśnie, porzeczki, świeże jajka. Najwspanialsze jest to, że czułam się tam jak w domu u cioci, w domu w którym zawsze było gwarno i wesoło, gdzie rano piał kogut, a my z innymi dziećmi wstawaliśmy raniutko i biegliśmy za 'ciocią' zajrzeć do kurnika, czy wydoić krowy. Później były objazdy po rodzinie 'cioci', Rodzinka była rozsiana po całej wsi, i po wsiach tuż obok. Wszyscy byli naszymi przyjaciółmi, i wszędzie byliśmy ugoszczeni. W okolicy poruszałyśmy się na rowerach wiejskich, które były już mega zniszczone, ale o dziwo świetnie działały, a gdy pierwszy raz na taki (za duży) rower wsiadłam, to po prostu wylądowałam w krzakach. Było śmiechu co nie miara z całej sytuacji, bo poza paroma siniakami i zadrapaniami zarówno ja, jak i rower wyszliśmy z tego cało.



2. Gdy byłam kilkuletnią dziewczynką tata zabrał mnie na krótkie wczasy nad morze, gdzie, w Sopocie spotkaliśmy się z bratem mojego taty i z moim kuzynem. Poznałam wówczas po raz pierwszy Molo Sopockie, a to wspomnienie nigdy nie zginie, ponieważ utrwalone jest nie tylko na zdjęciach, ale też w mojej pamięci. Pamiętam, że ubrana byłam wówczas w kraciastą sukienkę z plisami, a mój kuzyn w jasną koszulkę z czapką marynarza i idealnie komponowaliśmy się w nadmorski klimat. Świetnie się bawiliśmy, plażowaliśmy, i kąpaliśmy się w prawdziwym Morzu - Morzu Bałtyckim. Wiem, też, że przywiozłam różne pamiątki z tego wyjazdu, a wracałam pociągiem z tatą, kuzynem i wujkiem, już przebranym w swój służbowy mundur konduktora, ponieważ właśnie kontynuował swoją pracę, w kierunku Bydgoszczy. Jazda pociągiem to była chyba największa frajda dla nas, a dla mnie szczególnie, gdyż mój starszy kuzyn oprowadził mnie wtedy po pociągu po raz pierwszy i był bardzo dumny z tego, że został moim 'przewodnikiem'.

3. W każde wakacje od siódmego roku życia dwa, trzy tygodnie spędzałam u cioci, która była fantastyczna i kochała mnie jak swoją córkę. Siostra mojej mamy nie miała dzieci, ale nigdy się z Nią nie nudziłam. Każdego ranka kupowała mi świeże bułki i serek homogenizowany o smaku waniliowym, który uwielbiałam. W weekendy odpoczywałyśmy na działce Jej znajomej, zajadając się owocami. W tygodniu, zabierała mnie ze sobą do Internatu przy Zespole Szkół Drzewnych w Bydgoszczy, gdzie pracowała w kuchni. W czasie wakacji zjeżdżali tutaj na noclegi różni sportowcy i były też kolonie dla dzieci i młodzieży z innych miast Polski, a nawet z zagranicy. Gdy byłam młodsza, głównie pomagałam przy myciu naczyń, oraz przyglądałam się pracy kucharek. Będąc już dwunasto/trzynastolatką, zostawałam czasami na wieczornych, kolonijnych dyskotekach. Poza tym wypróbowałam wówczas całe mnóstwo ciekawych potraw, których nie jadłam wcześniej w domu. Były głównie potrawy słowackie, węgierskie, niekiedy wegańskie. Częstymi bywalcami kolonii byli wtedy Czechosłowacy (moja ciocia mówiła zawsze - 'Czechosłowacy to ładni chłopacy', mogłabyś mieć takiego Czechosłowaka). Prawdę powiedziawszy, gdy tak pomyślę jak wówczas próbowałam rozmawiać z tymi chłopakami - to za nic się z Nimi dogadać nie mogłam, ale porozumieć się z Nimi można było zawsze. Rzeczywiście Ci chłopcy byli uśmiechnięci, i mili, a do tego byli o stokroć ładniejsi od Polaków. :D Internat zawsze kojarzył mi się miło i przede wszystkim z wakacjami, a ciocia się nie pomyliła, i słów na wiatr nie rzuciła. 


4. Miałam może z dziesięć lat, gdy wraz z mamą pojechałyśmy do Elbląga i to były takie pierwsze, dłuższe wspólne wakacje z Nią. Zrobiłyśmy sobie wtedy objazdówkę, byłyśmy także w Olsztynie, gdzie mieszka część naszej rodziny, pojechałyśmy nad morze. Pamiętam dokładnie, że opalałyśmy się i zwiedzałyśmy miasto Elbląg dość szczegółowo. Jednak jedyne co zostało w pamięci to wspaniałe chwile z Nią i widok Jej ciemnobrązowej skóry, (mojej nie pamiętam, choć zawsze miałam ciemną karnację i pewnie też byłam 'czarna'). Niestety pamięć widoków Elbląga nie została w moich wspomnieniach, dlatego cały czas myślę o odwiedzinach tego jednego z nielicznych miast Polski, których architektury i kultury po prostu nie znam...


5. Jako trzynastolatka  pojechałam już chyba na ostatnie kolonie - tym razem do Władysławowa. Wspominam ten czas jako pełen pięknej pogody, kąpieli nad morzem, wycieczek, ale też przede wszystkim z racji częstych dyskotek - z takiego pierwszego momentu, kiedy stroiłyśmy się z koleżankami przed dyskotekami, efektem czego zamiast z długimi i równymi włosami wróciłam do domu z krzywo ściętą grzywką..



6. Gdy byłam młodziutką nastolatką moja mama i Jej siostra zdecydowały się na naprawdę długie wspólne wakacje i zabrały mnie ze sobą. Na Mazury pojechałyśmy we trzy i spędziłyśmy wtedy wyjątkowo wesołe chwile. Oprócz kąpieli w jeziorach, wylegiwałyśmy się na leżakach, na łąkach. Poznałam 'w tej krainie' przesympatyczne dzieci i zauważyłam, że panuje tam ogromna wolność. Najbardziej to odczułam podczas jednego z wesel na polu, które było po prostu otwarte, na powietrzu (dosłownie), także dla wszystkich wiejskich dzieci (dla których była serwowana oranżada). Pamiętam dokładnie, była to czerwona pyszna oranżada z kapselkiem w szklanej butelce. Wybawiłam się wtedy co nie miara. Najbardziej utrwaliła mi się w pamięci drewniana toaleta, do której stała zawsze długa kolejka i pamiętam też to, że wszyscy (nawet dzieci) bawili się do nocy, czyli, tak długo, aż zrobiło się ciemno...


7. Szybko pozbyłam się swojego wyrostka robaczkowego w pewne wakacje, mając 15 lat.. Pojechałyśmy rowerami wraz z przyjaciółką z bloku, w którym mieszkałyśmy i z Jej babcią któryś raz z rzędu na Ich działkę w Łęgnowie. Standardowo babcia była zajęta porządkowaniem ogrodu, więc miałyśmy wielką swobodę. Oprócz opalania się, spacerowania po ośrodku działkowym i przy jeziorze (w którym tym razem, bez nadzoru dorosłych nie wolno nam było się kąpać), postanowiłyśmy spróbować wiśni z dużego słoja. Objadłyśmy się przesmacznymi, słodkimi i mocno procentowymi wiśniami, a po godzinie z gorączką i bólem podbrzusza wylądowałam w szpitalu z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Cóż, z działki nie wracałam już rowerem, a karetką pogotowia ratunkowego. 


8. Szesnaście lat to taki wiek, kiedy przychodzi spore pragnienie pierwszych zarobków. Przynajmniej u mnie tak było. W wakacje wyruszyłam zatem wraz ze starszą o rok koleżanką do pierwszej pracy, na zbiory truskawek. Pewnie byłaby to super idealna praca, gdyby nie moja miłość do tego owocu, której już pohamować nie mogłam otrzymując przyzwolenie na jedzenie podczas zbiorów (szef wyraźnie zezwalał na to, wiedząc, że każdy z pracowników podjada). Otóż po kilku dniach objadania takimi smakołykami, miałam już dość truskawek, a nawet pracy przy ich zbiorze. Fajne jest to, że na kilka nowych ciuszków zarobiłam i byłam z siebie bardzo dumna. Poza miłą atmosferą, spacerami po polu po zakończonej pracy, pierwszymi zarobionymi pieniędzmi, i smakiem truskawek w ustach, którego nie mogłam się pozbyć do końca wakacji, pamiętam też opalony kark i pot, który leciał mi 'po tyłku'.

9. Ostatnie wspomnienie nie jest zbyt chlubne, ale za to jakże swawolne, a dzisiaj przypomina mi się z kilku względów, m.in dlatego, że były to ostatnie wakacje po których wkroczyłam w dorosłość i bynajmniej nie dlatego, że kończyłam 18 lat, bo wówczas miałam 17 lat... Po tych wakacjach poznałam swojego partnera na najbliższe 11 lat (więc potem już nie tworzyłam jednostki, a z pewnością związek). Druga kwestia jest taka, że dzisiaj patrzę na te wakacje z perspektywy kobiety, która już jest mamą i niestety na takie wakacje już nigdy nie będę mogła sobie pozwolić. I choć trochę 'żal ściska', to doskonale wiem, że miałam już okazję zasmakować przygody bycia nastolatką, a życie biegnie dalej i teraz moją rolą jest - być przede wszystkim matką. Teraz wakacje będą głównie dla mojego dziecka... Co fascynującego było w wakacjach poprzedzających ostatni rok Liceum Ekonomicznego, czyli dokładnie, kiedy byłam siedemnastolatką? W tym sezonie dosłownie połowę wakacji spędziłam wraz z koleżankami wylegując nad wodą i plażując. Początkowo w kierunku jeziora Piecki jeździłyśmy autem z rodzicami jednej z koleżanek, ale tak bardzo nam się spodobało, że w tygodniu przerzuciłyśmy się na rowery i każdego dnia wylegiwałyśmy się na słońcu, na przemian z kąpielą w jeziorze. Poznawałyśmy ciekawych ludzi, czułyśmy się młode i piękne. Przyznam, że kilka razy podróżowałyśmy 'na stopa', ale tylko w dni, gdy jechałyśmy we trzy. Wówczas nie było z tym żadnego problemu, aby kierowcy zmierzający w kierunku jeziora zatrzymali się. Teraz czasy się zmieniły, albo ja wydoroślałam, na pewno nie wsiadłabym do samochodu z obcymi ludźmi. Poza tym będąc sama kierowcą nie wzięłabym chętnie nikogo do samochodu. Często jadąc samochodem obserwuję stojących na poboczu ludzi z wyciągniętą ręką i nie zauważam, aby oprócz mnie pozostali kierowcy byli chętni zatrzymać się i zabrać stopowicza. Z takich bardziej zabawnych wspomnień z tego czasu przypomina mi się to, że zapragnęłam mieć wówczas kręcone włosy i sama w domu zrobiłam sobie trwałą. Moje włosy były w tym roku ścięte na dłuższego boba, więc jeszcze odrobinę się skróciły (bo trwała nie wyszła zbyt dobrze), co nie przypadło mi do gustu. Na szczęście zwykle wystarczyło rozczesać włosy, a te nie robiły specjalnych problemów, aby wyglądać na proste. Przypominam sobie jak dobrze sprawdziła się moja niewydarzona trwała w te wakacje, kiedy po wyjściu z jeziora wystarczyło lekko przeczesać włosy szczotką podwijając je ku dołowi, a one po prostu bez użycia jakichkolwiek lakierów, pianki, żelów - świetnie się układały. To były ostatnie takie luźne wakacje, kiedy jeszcze nie pracowałam na stałe, byłam singielką, wypoczywałam, poznałam ciekawych ludzi, pięknie się opaliłam na mocną czekoladę (w Polsce) i kiedy moja fryzura okazała się strzałem w dziesiątkę. :)

Chciałam Wam dodać, że wszystkie moje wakacje były ciekawe i pozytywne, i bardzo mnie to dziwi, że naprawdę nie było złych i nie jestem w stanie przywołać ani jednego złego wspomnienia (na szczęście). Na pewno wszystkich wspomnień było dużo, dużo więcej... A te są dla mnie najcenniejsze. Proszę podziel się z nami wspomnieniami i zaproś do zabawy trzy osoby. Ja zapraszam Moja osobistość, Niemodelka, MultiMama 24

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz